Blog
Zygzaki władzy
Jarosław Flis
Jarosław Flis socjolog UJ, współpracownik "Tygodnika Powszechnego"
95 obserwujących 244 notki 537217 odsłon
Jarosław Flis, 6 marca 2012 r.

Polityka pokoleniowa

Czy grozi nam dyktatura emerytów, która zostanie wprowadzona drogą całkowicie demokratyczną? Takie konsekwencje zmian demograficznych przedstawia w URz Krzysztof Rybiński. Przed miesiącem podobną wizję przedstawił na swoim blogu Antoni Dudek. Rok 2035, który wybrał on dla swej opowieści, nie jest na pewno przypadkowy. Nawet gdyby wydłużono wiek emerytalny zgodnie z planami rządu, sam będzie już wtedy na emeryturze. Ja też. Dlatego podążając jego tropem postanowiłem zrobić sobie podobny eksperyment myślowy.
Współczynnik dzietności wnosi obecnie w Polsce 1,4. To oznacza, że tyle właśnie dzieci rodzi statystyczna kobieta. Ze statystyką jest jak zawsze tak, że może ona równie dużo pokazać, jak zaciemnić. Co ta liczba dokładnie oznacza? Ano to, że 5 kobiet rodzi średnio 7 dzieci. Te siedmioro dzieci przypada zatem na 10 dorosłych. To zaś oznacza, że kolejne pokolenie jest o prawie jedną trzecią mniej liczne od pokolenia swoich rodziców. Jak jednak te dzieci dzielą się pomiędzy tę piątkę kobiet?
Wyobraźmy sobie, jak mogą się dzielić się w 10-osobowej grupie w przedziale wieku 40-50, czyli emerytów z wizji Antoniego Dudka i Krzysztofa Rybińskiego. Załóżmy, że  taka 10-osobową grupa składa się z:
dwóch bezdzietnych mężczyzn,
jednej  bezdzietnej  kobiety,
jednej samotnej matki,
jednego małżeństwa z jednym dzieckiem,
jednego małżeństwa z dwójką dzieci,
a na koniec z takiej rodziny jak moja - małżeństwa z trójką dzieci.
Zatem nasza dziesiątka przyszłych emerytów '35 ma dokładnie siódemkę dzieci, zgodnie ze statystyką. Dzieci, które będą wtedy pracować. Uproszczenie to kolosalne, lecz może właśnie dlatego można prześledzić na tym przykładzie inne scenariusze, niż ten opisany przez Antoniego.
Z jednej strony wizja wojny pokoleń ma rzeczywiste podstawy matematyczne. Przy takim wskaźniku dzietności pokolenie emerytów może bez problemu przegłosować pracujących, obkładając ich dowolnie wysokim podatkiem, celem zapewnienia sobie oczekiwanego standardu życia.
Chciałbym jednak zwrócić uwagę na zupełnie odmienny scenariusz. W takiej 17-osobowej społeczności jest jeszcze jedna potencjalna większość - to dwie rodziny o największej liczbie potomstwa. Czwórka obecnych dorosłych z piątką dzieci to w 2035 roku więcej wyborców niż pozostali razem wzięci. W zasadzie, to z egoistycznego punktu widzenia, w interesie tych dwóch rodzin leży całkowita likwidacja emerytur. Po co wszystkie dzisiejsze dzieci mają wtedy płacić horrendalne daniny, z których opłacane będą emerytury całej dziesiątki dzisiejszych dorosłych. Czwórka najbardziej dzietnych rodziców na pewno więcej zyska na bezpośrednim transferze.  Zaś bezdzietni emeryci mogą wtedy wylądować na zbiorowej pryczy. 
Bardzo mnie ciekawi, na jakiej podstawie można się spodziewać, że w 2035 roku będę poczuwał się do większej solidarności z moimi bezdzietnymi rówieśnikami walczącymi o większe obciążenie podatkami moich dzieci, niż z tymi ostatnimi.

Przydałoby się, by ktoś przeprowadził symulacje elektoratu 2035 na podstawie obecnych danych demograficznych, z uwzględnieniem więzi rodzinnych. Wszak wszyscy, którzy wezmą udział w wyborach w 2030 już się urodzili i policzyć się ich da. Na razie nie mam na to zupełnie czasu, lecz byłby to bardzo istotny wkład w dyskusję nad konsekwencjami wydłużenia życia przy zmniejszaniu dzietności.  Czysto spekulacyjnie można tu dojść do zupełnie skrajnych scenariuszy.

Skomentuj Obserwuj notkę Napisz notkę Zgłoś nadużycie

Tematy w dziale