W dyskusji pod poprzednią notką jeden z czytelników wrzucił dane, na podstawie których można spróbować przybliżyć sytuację, która była przedmiotem tamtych rozważań. Na podstawie danych o urodzonych w 2009 roku można spróbować odtworzyć strukturę rodzinną pokolenia ich rodziców (przy założeniu, że sytuacja w sąsiadujących latach wyglądała podobnie). Wygląda to tak:

 


Dominującym modelem jest zatem dwójka dzieci, zaś zapaść demograficzna bierze się stąd, że bezdzietni i jednodzietni są kilkukrotnie liczniejsi od tych, którzy maja dzieci trójkę lub więcej. O zastępowalność pokoleń skutecznie troszczy się jedynie połowa populacji.
Jak jednak sytuacja rodzinna wygląda w pokoleniu dzieci 2009. Jeśli podzielić ogół tego pokolenia ze względu na to, ile dzieci jest w rodzinie, to wygląda to tak:

 


Choć generalnie wielodzietne rodziny to tylko jedna na osiem, to już ich dzieci stanowią jedną trzecią kolejnego pokolenia. Ciut ponad połowa to ci z jednym rodzeństwem. Jedynacy mają podobny udział wśród dzieci, jak rodziny wielodzietne w pokoleniu rodziców.
Jak to przekłada się na udziały w elektoracie w wyborach 2030, w których dzieci urodzone w 2009 już wezmą udział. Na kolejnym wykresie poszczególne kategorie oznaczono D (dzieci) i R (rodzice) oraz cyfrą oznaczającą liczbę dzieci w rodzinie.

 

Pokolenie rodziców dominuje, lecz dzisiejsi wielodzietni ze swoimi dorosłymi już pociechami to ponad 20 proc. wyborców. Bezdzietni i rodzice jedynaków wraz z nimi - 35 proc. Proporcje w porównaniu ze stanem obecnym znacząco się wyrównują, jednak klucz pozostaje w rękach dwudzietnych i ich progenitury. Ani ci, którzy byliby zainteresowani maksymalizacją obciążeń kolejnego pokolenia celem zachowania wartości emerytur w dzisiejszym modelu, ani ci, w których wyraźnym interesie mogłoby być zastąpienie emerytur bezpośrednimi transferami w obrębie rodzin, nie mają większości.
Wygląda na to, że za dwadzieścia lat będziemy rozsupływać iście gordyjski węzeł lojalności i interesów ekonomicznych. Polecam przyczynek do tej dyskusji od strony ekonomicznej autorstwa profesora Aleksandra Surdeja.

Dane te popchnęły mnie do jeszcze jednego wyliczenia - pobieżnego, lecz pobudzającego wyobraźnię. Jak bowiem wyglądać będą takie proporcje w pokoleniu dzieci rocznika 2009? To oczywiście tylko oszacowanie, wymaga to bowiem szeregu założeń. Wziąłem tu pod uwagę trzy modele. W pierwszym pokolenie 2009 powiela wzory dzietności swoich rodziców, przy czym indywidualna sytuacja nie ma na to wpływu. Niezależnie, ile się miało rodzeństwa, prawdopodobieństwo posiadania 4 dzieci bądź nie posiadania ich wcale jest takie samo. Ten scenariusz na wykresie oznaczono jako IIIA. Co się jednak stanie, gdy w połowie przypadków nastąpi taka uniwersalizacja wybieranych modeli rodziny, lecz w połowie przypadków dzieci będą mieć taką samą liczbę dzieci, jaką mieli ich rodzice. To scenariusz IIIB. I wreszcie drugie ekstremum - gdy wszystkie dzieci powielą model rodziny, w której przyszły na świat. To scenariusz IIIC. Udział wnuków poszczególnych dzisiejszych kategorii rodzin w kolejnym pokoleniu wyglądać może zatem tak:
 

W modelu IIIA udziały nie zmieniają się w porównaniu z pokoleniem 2009. Lecz w modelu powielania wzorów - IIIC - dochodzi do rewolucji. Wnuki dzisiejszych wielodzietnych to wtedy połowa następnego pokolenia. Nawet jeśli do powtórzenia wzoru dojdzie w co drugim przypadku, to opis zjawisk społecznych językiem biologii prowadzi do paradoksalnej konstatacji - przemiany obyczajowe zapewnią relatywnie olbrzymi "sukces reprodukcyjny" tym, którzy im nie ulegli. Dla zobrazowania - ostatnia kolumna, oznaczona IVC, to liczebność pokolenia prawnuków dzisiejszych rodzin przy założeniu pełnego powielenia wzorów dzietności.
Patrząc na rzecz z perspektywy innej niż ta przyjmowana przez "samolubny gen", warto pokusić się o zobrazowanie, jaki wpływ sprawa powielania/uniwersalizacji wzorów dzietności będzie mieć dla liczebności narodu (jeśli zignorować zmiany na skutek migracji). Jeśli pokolenie rodziców 2009 to 100 proc. to liczebność kolejnych pokoleń w różnych scenariuszach pokazuje wykres. Dla przestrogi - przypadek IVA to efekt uniwersalizacji wzorów dzietności w każdym pokoleniu.
 

Powyższe hipotetyczne scenariusze są oparte na niezmiernych uproszczeniach, lecz pokazują pole manewru. Na rzecz można patrzeć od strony hamulców ekonomicznych. Mój rzadko widywany kolega lekarz, sam bezdzietny (byłbym bardzo wdzięczny, gdybyście mnie poznali z moją przyszłą żoną), ujął rzecz kiedyś tak: Wiesz Jarku, ci, co nie lubili dzieci, to się dość wcześnie wyautowali z ewolucji.  Być może jednak jakimś hamulcem przed takim wyautowaniem był tu niegdyś całkowicie samolubny interes ekonomiczny. W jakimś zakresie rzecz pewnie poddaje się stymulacji ekonomicznej. Lecz przecież każdy zna osoby wystarczająco dobrze sytuowane, by móc się rozmnażać, które jednak tego świadomie nie czynią, wybierając inne priorytety.  To nie musi być tylko kwestia genów, lecz memów. Jednym z kluczy do przyszłości jest to, czy główny nurt kultury masowej będzie silniejszy od rodziny jeśli chodzi o kształtowanie przepisów na życie. Zabójczy społecznie mem "szczęśliwej bezdzietności", który można by nazwać "czubaszkiem", ma wbudowany mechanizm samozagłady, jeśli tylko ci, którzy nie są nim zarażeni, zdołają przed nim obronić swoje potomstwo.